Blog > Komentarze do wpisu
ANIOŁ SPADA NA ZIEMIĘ
Dzień, w którym poznałem swoją żonę. Opowiadanie science-fiction. Wpis z października 2010 roku.

Opowiadanie dedykuję Kasi L.,
studentce filologii angielskiej na UWM.
Jesteś piękna!


Pogoda tego dnia stwarzała idealne warunki do gry w kosza. Nieobecność Marcina na boisku była by naprawdę czymś dziwnym i niespotykanym. Biegał na boisku jak dzika świnia. Rzucał, podawał, zabierał piłkę przeciwnikom i wsadzał ją bezpośrednio do kosza – istny poemat. W pewnym momencie, rozpędzony, sam na sam z koszem, poślizgną się i uderzył głową w słup, podtrzymujący tablicę. Pusty i mięsisty dźwięk uciszył krzyki. Pół czaszki Marcina roztrzaskało się w drobny mak, a mózg wyfrunął niczym konfetti na piłkarskim stadionie. Było pełno krwi. Wśród graczy rozległ się paniczny jęk. Nie mógł tego przeżyć! Nawet w najstraszliwszych horrorach ludzie umierali po tak dotkliwej ranie, a ich rodzice następnego dnia rozwieszali nekrologi. Marcin jednak wstał… Otrząsnął coś, co przypominało jeszcze głowę i wszedł na boisko, ciągnąc za sobą po ziemi resztki mózgu.
- O co chodzi chłopaki? Gramy!? – Wydusił przerażająco te słowa, które zdawały się mieć swój początek w płucach pokrytych gęstą flegmą. Po chwili runął na ziemię…


- Kurwa mać!!!! – Krzyknąłem i podniosłem się spocony niemal tak samo jak we śnie. Dochodziła 8.30. Miałem nadzieję, że ten barwny dzień skończy się lepiej niż w koszmarze. Nienawidzę czwartków ze względu na dużą liczbę zajęć, ale musiałem wstać i się ogarnąć. Obmacując pościel wyjąłem komórkę spod poduszki. Pierwszy SMS. Fidel: „Może pojedziemy razem na uczelnię? O 10.00 czekam pod Wysoką Bramą”. Drugi SMS. Brew: „Marcin, przejeżdżam przez centrum na zajęcia. Pojedziemy dziś razem?”. Nienawidzę dylematów i zawsze szukam prostych rozwiązań. Teraz tym bardziej musiałem takie znaleźć, bo dotyczył on mojego najlepszego kumpla i wieloletniej przyjaciółki. Na uczelnie pojechałem sam.

W końcu nadeszła zajebista jesień. Najlepiej jak świeci słońce i kolorowe, nieprzesiąknięte wodą liście mogą swobodnie unosić się w powietrzu. Jadąc autobusem w październiku, można zaobserwować pierwsze zwiastuny jesieni. Babcie założyły już swoje moherowe berety, dresy pochowały się w klatkach schodowych, a billboardy jakby mocniej biły światłem. Coraz częściej można zauważyć krzątających się, starszych panów z grabiami do liści i papierosem w gębie. Do pedofila mi daleko, ale kiedy obserwuję np. małe dzieci idące do szkoły, to przypominają mi się czasy dzieciństwa. Kiedy to sam, targając kanciasty tornister i worek na buty potrafiłem kopać jednego kasztana, od domu po same schody podstawówki. Wspomnienia… Mam nadzieję, że jesień mojego życia nie nadejdzie tak szybko jak dorosłość.

Wysiadłem z 15-stki przy swoim wydziale  i szedłem tuż za brunetką w czerwonym płaszczu. Ładnie pachniała i specjalnie zwalniałem, żeby czuć ją jak najdłużej. Boże, co to za zapach? Kiedyś Brew miała podobny. To chyba „Naomi Campbell”.
- Hej Marcin! – Usłyszałem raptem zza pleców znajomy głos. Kiedy się odwróciłem, Iza dorównała kroku. Miód dziewczyna mająca na czym usiąść i czym oddychać. Szybko zapomniałem o Naomi, a moja twarz rozświetliła się od jej blond loków. Znaliśmy się od początku studiów i rozmowa rzadko nam się kleiła. Często dzielę dziewczyny na dwie kategorie. Pierwsza to takie laski, po których twarzy widać że mają chłopaka i druga, po których widać, że nie mają. Iza zaliczała się do tej pierwszej. I miała chłopaka.
- Siemka. Też idziesz na wykład? – zadałem pytanie z serii ‘cokolwiek’.
- Tak. A Ty?
- No jasne. Każdy twardziel chodzi na wykłady. – Chciałem jednocześnie zażartować i sprawić wrażenie kujona. A Iza była kujonem. Czemu ja zawsze dostosowuje się do otoczenia??
- Hehehe. – Zaśmiała się Iza i nastała cisza. Na szczęście rozsuwające się samoczynnie drzwi do Humana przerwały mój bezdźwięczny, odwzajemniony uśmiech. Pochłonął nas powiększający się tłum zaspanych studentów.

Przez pierwsze dziesięć minut wykładu zastanawiałem się, co ja tak właściwie na nim robię. Morda Majrona wystająca zza katedralnego pulpitu działała na mnie jak Leonidas na Kserksesa. Bo jak można lubić kogoś, kto daje warunek na pierwszym semestrze i żadnych realnych szans na dopytkę? Kiedyś Majron bawił mnie swoim wyglądem, charakterem, postawą. Teraz mnie po prostu wkurwiał. Przypomniał mi się sen, który miałem kilka dni po otrzymaniu pechowej dwójki w indeksie…


- I co teraz Spartakusie?? Nie można było się zlitować nad Marcinkiem i zadać kilku „nieujebujących” pytań?? Odpowiadaj!!
Nagi, zakrwawiony i przywiązany łańcuchami do ściany za wszystkie członki Majron, milczał jak grób. Czarnuch z iście Rambowskim wyrazem twarzy dzierżył w dłoni piłę motorową.
- Gnido!!! Zadałem Ci pytanie!! Uratuj swoje dupsko! Wystarczy, że skreślisz dwójkę z indeksu! Daję Ci minutę!
Doktor historii jęknął, zebrał ostatnie siły i plunął Marcinowi prosto w twarz.
- To nie było miłe, ani potrzebne... – odrzekł tym razem spokojnie egzekutor, wytarł twarz i odpalił narzędzie zbrodni.
Czarnuch wiedział co chce zrobić. Planował tę zabawę od kilkunastu dni. Najpierw odciął Majronowi czterdziestocentymetrowego penisa. Krew trysnęła szerokim strumieniem na kila metrów, skutecznie przy tym brudząc białą koszulkę oprawcy. Niesamowity ryk spowodował opadnięcie części tynku z sufitu. Marcin uśmiechnął się. W otwór, w którym kiedyś znajdował się drągal Spartakusa, włożył świeżo zapalone cygaro i zamaszystym ruchem odciął najpierw lewą i po chwili prawą nogę. Ofiara drgała, łkała, krzyczała w niebogłosy i dopiero w tym momencie zaczęła błagać o litość. Czarnuch poprawił cygaro, które zdawało się zaraz wypaść i powiedział:
- Za późno mój drogi, ale słyszałem, że zamierzasz zostać kadłubkiem. Prawda?
- Proszę nie! – stęknął Majron, podciągając tułów rękoma. Popatrzył też na kałużę krwi, która znajdowała się tuż pod nim. Widział w jej odbiciu nadchodzącą śmierć.
- Widzisz doktorku, tak to jest. Wtedy ja prosiłem o litość, teraz role się odwróciły. Zamierzam być konsekwentny, podobnie jak Pan podczas zimowej sesji. – Dumnie odrzekł Marcin, po czym odciął mu obie ręce. Tułów biedaka wisiał już tylko na linie przyczepionej do sufitu. Marcin przestraszył się odgłosu, który wydobył z siebie doktorek i chciał wyłączyć piłę, by natrzeć solą miejsca po członkach. Stało się jednak coś czego nie miał w planach. Pozostałości po Mironie bujały się na tyle zamaszyście, że jego brzuch nadział się na piłę motorową Czarnucha. Z wnętrza wykładowcy wypadła cała obślizgła zawartość, a jej właściciel ostatni raz stęknął. Kat zniesmaczył się z lekka i spochmurniał, gdyż chciał zakończyć żywot odcinając  jeszcze głowę. Wyłączył piłę, wyciągnął cygaro, które teraz leżało miedzy wątrobą, a jelitem grubym, odpalił je amerykańską zapalniczką, usiadł na krześle i delektował się chwilą...


- To może pan Marcin Rutkowski. Czy jest na sali?
Nie wierzyłem, że to słyszę, po prostu nie wierzyłem!
- Jestem, jestem. Yyyy… Jak nazywał się czternasty władca Tracji z dynastii odryskiej? Już panu mówię. – Zwlekałem. Nie było ratunku. Przez głowę przechodziły mi imiona Dupsos I, Walsię III, Spier IX Jaknajdalej i inni. Wszyscy studenci patrzyli się na mnie. To była moja chwila prawdy. Majron wyciągnął pióro i…
- Nie wie pan. Był to Skokoskos I. Proszę przyjść do mnie jutro na konsultację. – odfukał i kontynuował dalej wykład, podczas którego nikogo już więcej nie spytał.

- Ja, to kurwa nie rozumiem takich ludzi, kurwa. Wie kurwa, że kiedyś Cię ujebał i kurwa teraz mści się nie wiadomo kurwa za co. Kurwa, wtedy dał Ci dwóję i teraz przypierdala do muru… Gdzie kurwa do muru? Przypierdala Cie do gleby i skacze jak kurwa, jakaś… pierdolona dziwka. Chuj, kurwa z tym konowałem. Pójdziesz jutro i zaliczysz to pierdolstwo.
Słuchanie Raja to czysta poezja. Jego bluzgi łagodziły mój agresor wywołany konsultacją z wykładu. Chłopak jest spontaniczny i szczery. Za to go chyba lubię najbardziej.
- Pierdolony pedał. Skąd niby mogłeś wiedzieć, że chodzi o Stokokostnknosa I?
- Nie wiem stary. Koleś mnie nie lubi i tyle. Idę do sekretariatu, zaraz wrócę. Gdzie mamy Wałka?
- W 17. Iść z Tobą?
- Nie musisz. Złożę tylko podanie do sekretariatu. – Odwróciłem się i pobiegłem schodami na najwyższe, IV piętro wydziału.

Całe szczęście spotkałem Łoża tuż przed gabinetem i nie musiałem użerać się z jego sekretarkami. Oddałem podanie, pogadaliśmy chwilę i postanowiłem, że zjadę na parter windą. To była najlepsza decyzja w moim życiu.

Wcisnąłem guzik, założyłem ręce i w tym momencie zbliżyła się do windy ONA. Anioł wzięty rodem z Nieba. Czas… jakby zaczął… wolniej… płynąć,.. obraz stał się… jaskrawszy, a w… tle zaczął śpiewać Solomon Burke swój słynny szlagier „Don’t give up on me”…  Jej rude, pokręcone do granic możliwości loki, lekko i sprężyście podskakiwały w powietrzu. Zielone oczy, podkreślone czarną kredką, dziko wpatrywały się w licznik windy. Złote piegi porozrzucane po bladej, oliwkowej cerze zdawały się być… magiczne! Smukła sylwetka i wąskie ramiona, idealnie współgrały z miseczką 75B. Ubrana w białą sukienkę w czarne groszki i przewiązana czerwoną kokardą w pasie, zdawała się być dla mnie prezentem, który będę mógł rozpakować właśnie w windzie. To nie był sen. Czułem jak szczęka mi opada i podpiera się o podłogę. Zapach jej różanych perfum wypełnił moje nozdrza i poczułem, jak alergiczny katar znika w jednej chwili. Na Zeusa, wystarczy, że ją poczułem i jestem zdrowy! Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdybym przypadkiem się o nią otarł! Drzwi od windy się otworzyły. Weszliśmy do niej sami. Czułem, że jestem w niebie.


Niestety tylko przez chwilę… Po wybraniu przez Rudą najniżej położonego guzika w bocznej klawiaturze ogarnęło nas piekło. Winda podskoczyła, opadła kilkadziesiąt centymetrów w dół i raptownie się zatrzymała. Słychać było jedynie jak każda ze śrubek, podtrzymująca konstrukcje windy, powoli wystrzeliwuje w powietrze.
- Boże! – pisnęła moja towarzyszka.
Jest dobrze, nie jest ateistką, pomyślałem i zdałem sobie sprawę, że zaraz winda runie na sam dół. Zginę w połamanych ramionach rudowłosej piękności! Cudna śmierć!
- Jak masz na imię? – Spytałem.
- Kasia. – Rzuciła szybko i popatrzyła na porozwalane notatki, które  wcześniej wyleciały jej z torebki.
- Otóż Kasiu, zaraz winda runie w dół i zginiemy. Chyba, że…
- Ty sobie żartujesz!? Chyba, że co?
- …chyba, że użyję palca i wcisnę guzik alarmu.
Na twarzy Kasi pojawił się uśmiech. Nie mam pojęcia dlaczego starałem się być zabawny, ale pomogło to w rozładowaniu napięcia.
- A ty jak masz na imię? – Spytała, ale w jej głosie dalej czułem drżenie.
- Marcin. Dla bliskich czarnuch. – Odpowiedziałem i popatrzyłem jej prosto w zielone jak Irlandia oczy.
- To może wciśnij już ten czerwony guzik od alarmu, bo nas stąd nie wydostaną… czarnuchu.
Podnieciłem się i wykonałem jej żądanie. Jednak w momencie „wciskania” jedna z linek utrzymujących windę oraz nas przy życiu, wystrzeliła jak z procy. Nasza niedoszła trumna przechyliła się w moją stronę. Kasia chcąc nie chcąc wpadła wprost w moje ramiona.
Na pytanie: czemu nie bałem się wtedy śmierci, zazwyczaj odpowiadam pytająco - a jak można się bać, skoro ma się przy sobie anioła? Byłem prawie pewny, że to koniec mojego życia. Kasia zaczęła płakać. Wpadłem wtedy na pewien głupi pomysł, który mógł okazać się zbawienny w skutkach.
- Kasiu, za pewne zaraz spadniemy. Jeżeli chcesz to przeżyć musisz położyć mi się na brzuchu i mocno trzymać. Ty przeżyjesz, bo moje ciało zamortyzuje upadek. – Teraz mój głos trząsł się jak cellulit na udach siostrzenicy u wujka Mietka na weselu.
- Co ty gadasz? A co z Tobą?!! – Wykrzyczała Kasia i przytuliła się jeszcze mocniej. Tej bliskości nie zapomnę nigdy.
- Za pewne mój kręgosłup pójdzie w drobny mak, ale to nie ważne. Musisz się mnie mocno trzymać! Teraz się ostrożnie połóżmy. Windę podtrzymuje jedna lina i wątpię, żeby ktoś nas uratował.
Kasia jeszcze bardziej się popłakała. Nie chciała dostosować się do tego całego planu, ale systematycznie i powoli zsuwaliśmy się z bocznej ściany windy. Jedynce co nam pozostało to czekać na upadek…
Leżeliśmy. Koszulkę miałem całą mokrą od łez Kasi. Majtki również, ale nie od łez. Trzymała się mnie tak jak kazałem. Czułem jej oddech na szyi. Szlochała. Nie byłem pewny czy przeżyje ten upadek. Szanse były nikłe, ale zawsze jakieś… Gładziłem ją ręką po plecach i pogrążyłem się w modlitwie. Po chwili mnie spytała:
- Marcin, a jak umrzemy to spotkamy się tam, w niebie?
- Oj Kasia… Ty nie umrzesz. Nie ma takiej opcji. Moje ciało jest zbite i powinnaś wyjść bez szwanku. No może trochę Ci się ta piękna sukienka w groszki pogniecie. Zobaczysz, jeszcze pójdziesz na zajęcia. Jaki masz przedmiot teraz?
- Proszę Cię… Pytam się poważnie. Spotkamy się tam na górze?
Jej głos był taki słodki…
- Nie wiem co przygotował dla nas Bóg.
- Obiecaj mi, że się spotkamy i będziemy mieszkać w ładnym, białym domku! Chcę mieć przy sobie faceta, który poświęca się tak jak ty!
- Będzie dobrze, zobaczy…
- Obiecaj!
- Obiecuje Kasiu, ale Ty też coś dla mnie zrób. Jeśli przeżyjesz, a ja nie, to powiedz rodzicom, że ich bardzo kochałem i podlej moją paprotkę, która wisi w pokoju nad biurkiem.
- Obiecuję Czarnuchu.
Popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy i w momencie, kiedy nasze wargi się zetknęły, winda runęła z impetem w dół.


Wszystko to zdawało się być snem. Trzaski, które były spowodowane opadaniem windy, zagłuszył potężny pisk, przechodzący w jazgoczący zgrzyt. Byłem pewien, że nasz pocałunek będzie trwał tylko ułamek sekundy…, lecz stało się inaczej. Robiliśmy to dalej, coraz łapczywiej i  łapczywiej, nie bacząc na to że śmierć czai się za nami z kosą. Po chwili otworzyłem oczy i dalej widziałem nad sobą Kasię. Nastała cisza. Czy to niebo? Czy wieczność spędzę w windzie, całując się z Kasią? Przestaliśmy się całować, a nasze miny przypominały twarze graczy z teleturnieju „Jeden z Dziesięciu”, którzy nie znają odpowiedzi na pytanie. W tym momencie otworzyła się górna klapa windy i w dziurze pojawił się mechanik:
- No, no zakochani. Nawet w obliczu śmierci nie tracicie czasu na romanse. Macie pioruńskie szczęście. Uratowały was dodatkowe hamulce windy, kilka centymetrów przed ziemią. Wyłazić.
________________________________________
 
Dziś, 10 lat po tym zdarzeniu mieszkam z Kasią pod Olsztynem. Mamy swój ładny, biały domek, paprotkę i czwórkę małych dzieci. Każdego wieczoru wspominając ten dzień, przytulamy się do siebie tak mocno jak wtedy. Czujemy, że jesteśmy w innym, pozaziemskim świecie. W końcu ja mam anioła w postaci Kasi, który spadł mi z nieba, a Kasia ma Marcina, który spełnił obietnice daną jej w windzie.


środa, 18 stycznia 2012, porkivangogh

Komentarze
Gość: Wprost, abxx68.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/01/18 18:59:12
czy możemy pański tekst wykorzystać w następnym numerze?
-
Gość: Madzik, cqq80.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/01/18 19:57:47
haha nadaje się to do każdej gazety piszącej o miłości nastolatków. oj Czarny człowieku oj...
stat4u